„Widzimy się w Darku”

 

"Widzimy się w Darku"
Artykuł dostępny w 27 wydaniu gorliczanin.pl
"Widzimy się w Darku"
Artykuł dostępny w 27 wydaniu gorliczanin.pl

„Widzimy się w Darku”, słysząc te słowa każdy z nas doskonale wie, gdzie wieczorem spotka się ze znajomymi. Ale już nie każdy wie, że wcale nie musielibyśmy dzisiaj sięgać po drinka, tylko raczyć się na talerzu różnymi słodkościami.

800 ton gruzu, Golf „dwójka” z przyczepką i ciastka w tle.

Z właścicielem – Dariuszem Święsem – umówiłem się na trzydzieści minut rozmowy. Po dwóch godzinach jednak wiedziałem, że i do wieczora mógłbym go słuchać, a i tak nie opowiedziałby wszystkiego o tym miejscu. Usiedliśmy w Drink Barze. Ponieważ był ranek, było też spokojnie. Nie tak, jak zazwyczaj wieczorami, a zwłaszcza w weekendy, kiedy często na wolne miejsce trzeba zwyczajnie czekać. W tle leciała klimatyczna muzyka, za barem krzątała się kelnerka – dla klientów to zwyczajny widok, lecz, jak przyznaje Darek (od samego początku odrzuca oficjalne „per pan”), zaczęło się od wiader pełnych gruzu.
– Jak to się stało, że w ogóle możemy być teraz tu, gdzie jesteśmy?
– Tak naprawdę pomysł na to miejsce zrodził się z potrzeby bycia w Gorlicach. Z zawodu jestem ciastkarzem, tu się uczyłem i tu praktykowałem, ale życie tak mną pokierowało, że zająłem się wykończeniówką w Warszawie, gdzie pracowałem w branży razem z moim tatą. Jednak ciągłe wyjazdy z Gorlic były dla mnie potwornym problemem. Miałem wtedy przecież dwójkę małych dzieci, które wraz z żoną za każdym razem, gdy wyjeżdżałem do stolicy, żegnały mnie ze łzami w oczach. Tam jechałem pracować pięć dni w tygodniu, a wracałem tylko na soboty i niedziele. Żona w domu piekła torty, ciastka na przeróżne imprezy, czego nauczyła się ode mnie i oczywiście opiekowała dziećmi. Tak to się toczyło przez trzy lata. I właśnie te ciągłe wyjazdy, ciągła rozłąka z rodziną była motywacją do tego, żeby zrobić coś w Gorlicach.
– Wróciłeś z konkretnym pomysłem na pub? Wiedziałeś już wtedy, że będziesz właścicielem takiego miejsca?
– Absolutnie nie. Wiedziałem tylko, że chcę być w Gorlicach. Po prostu pewnej niedzieli, przejeżdżając ul. Wąską, zobaczyłem wraz z żoną informację o sprzedaży kamienicy i jeszcze tego samego dnia umówiliśmy się z właścicielką. Budynek kupiliśmy z pomysłem zagospodarowania parteru i otworzenia cukierni.
– Był wtedy rok 2000, firma powstała dwa lata później. Co pomiędzy?
– Remont i to przez duże R.
– Wynajęliście ekipę?
– Nie, wszystko zrobiliśmy własnymi rękami, a było co robić. Na szczęście ojciec jest budowlańcem, ja też złapałem trochę doświadczenia w tym temacie, kuzyn miał mnóstwo pomysłów na zaprojektowanie wnętrz, oczywiście żona i przyjaciele pomagali. Wiesz, dużo łatwiej byłoby wyburzyć budynek i postawić go na nowo, niestety to nie wchodziło w grę. Generalnie, kiedy tu weszliśmy z remontem, wnętrze dosłownie przypominało powojenne gruzowisko. 
– Zatem kosztowało cię to dużo wysiłku.
– Niewyobrażalnie dużo. Ale przy takiej pracy jest też sporo zabawnych historyjek. Zawsze opowiadam o moim Golfie „dwójce” i przyczepce, którą wywoziłem gruz. Kursowałem wtedy całymi dniami, tam i z powrotem. Śmieję się, że połowa gruzu, który trafił pod Grosar jest ode mnie. Po wyliczeniach wyszło, że w sumie wywieźliśmy 800 ton. Ładowanych łopatami, bez ciężkiego sprzętu. Wynoszonych w wiadrach. Taksówkarze, którzy wtedy stali na taryfie przy Rynku i patrzyli na mnie w samochodzie, mówili, że to powinno stać się symbolem Gorlic. Ten Golf „dwójka” i przyczepka.
– No dobrze, miałeś kamienicę, był remont, miało być na słodko, miała być ciastkarnia. Ale…
– Podczas remontu przychodzili tu znajomi ludzie, którzy podpowiadali różne pomysły, w tym jeden pan, który chciał wynająć ode mnie piwnicę i otworzyć pub. Pomyślałem wtedy, dlaczego mam coś komuś wynajmować, skoro sam mogę otworzyć pub? I tak właśnie powstał pomysł na Dark Pub Hotelik.
– Czyli również pokoje gościnne.
– Na początku mieliśmy ich tylko trzy. To miejsce, to przede wszystkim firma rodzinna, rozrastająca się z upływem czasu. Ale mimo skromnej ilości pokoi, gościliśmy wiele interesujących osób. Między innymi Wisława Szymborska, która do nas zawitała, napisała nawet wiersz, który dobrze pamiętam. Brzmi: „Czym dla marynarza trap, tym dla gościa jest Dark-Pub, wyjątkowo nie dla dzieci Wisława Szymborska ten wiersz kleci.” 
– Czyli sławne nazwiska piszą o tym miejscu. Wspomniałeś też, że stale się rozrastacie.
– Tak. W tym momencie zatrudniamy ponad czterdzieści osób. Szkolimy również uczniów na kucharzy oraz hotelarzy.
– Wygląda na to, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Ostatnio przecież bawiliśmy się na piętnastych urodzinach Dark Pub Hotelik. Myślisz o sobie, jak o człowieku sukcesu?
– Absolutnie. Może kiedyś, ale do tego jeszcze daleka droga.
– Jednak z boku wygląda to inaczej. Działasz piętnaście lat, rozwijasz się…
– Owszem, z boku może to wyglądać fajnie, lekko, ale jest naprawdę ciężko. Ktoś kiedyś powiedział, że gastronomia to najtrudniejsza branża. Zgadzam się z tym w stu procentach.
– Mówisz gastronomia. Pomysł był na ciastkarnię, masz teraz restaurację, jednak zacząłeś od pubu i hoteliku.
– Na początku jedzenie traktowałem jako coś pobocznego. Tak naprawdę mieliśmy tylko cztery dania, z których do tej pory zachował się jedynie kociołek.
– Kociołek z „Darka”. Znamy to.
– Teraz jednak nasza karta jest nieporównywalnie większa. Żeby zaspokoić potrzeby klientów, musieliśmy rozszerzyć menu. Wprowadziliśmy też dowozy, obsługę kelnerską. I w pewnym momencie staliśmy się pełnoprawną restauracją.

Odrobina jazzu okraszonego kuchnią orientalną.

– Czyli, można powiedzieć, że kluczem do sukcesu albo przynajmniej rozwoju, jest obserwowanie potrzeb klientów?
– I wypełnianie luk.
– Mówisz teraz o… ?
– O sali jazzowej. Na pewno pamiętasz starego „Lamusa”, gdzie odbywały się koncerty. W pewnym momencie zrozumiałem, że ludziom tego brakuje. Dodatkowo, w Gorlicach nie było miejsca, które nawiązywałoby do jazzu.
– Teraz już jest. Nie sądzisz, że to trochę ryzykowne, jak na tak małe miasto?
– Okazuje się, że nie. Sala Jazz Club została stworzona z myślą robienia koncertów, jednak na początku robiła za pomieszczenie do zwykłych spotkań. To się zmieniło, kiedy pewnego dnia na moim biurku wylądowało CV człowieka, który w organizacji koncertów miał już pewne doświadczenie i tym chciał się zająć.
– Mówisz teraz o Grześku.
– Właśnie dzięki jego zaangażowaniu, odbywają się koncerty w sali Jazz Club.
– I jak się zaczęło, tak zatrzymać się nie może. Ale to chyba trochę dziwne, bo z jednej strony mamy przeświadczenie, że Gorlice, to miasto duchów, że tutaj nic się nie dzieje, że stąd można tylko wyjechać. Pokazujesz jednak, że jest inaczej.
– Oczywiście, z aktualnych artystów wystarczy wspomnieć Czesława Mozila.  A plany na przyszłość są ambitne. Chcemy generalnie pokazać, że można u nas zrobić coś ciekawego.
– Dobrze, to są plany na przyszłość. Wracając jednak do urodzin. Impreza za nami, a w zeszłym roku, w listopadzie otworzyłeś kolejną restaurację. Skąd pomysł na orientalną kuchnię? Czy to nie jest kolejne ryzyko? Przecież u nas czegoś takiego nigdy nie było.
– Dark Pub Orientalnie otworzyliśmy tak naprawdę z dwóch powodów. Po pierwsze, z żoną uwielbiamy klimaty azjatyckie na stole, po drugie, właśnie dlatego, że w Gorlicach podobnej restauracji nie było. Chcemy pokazać, że kuchnia orientalna jest smaczna i zdrowa.
– Przyznam, że kiedyś w Krakowie jadłem golonkę po chińsku, co potraktowałem jako wymysł szefa kuchni. Nigdy już nie wróciłem do kuchni azjatyckiej. 
– Niesłusznie. Jeśli spojrzysz na nasze menu, znajdziesz między innymi golonkę po syczuańsku. Zanim otworzyliśmy nowy lokal, przeszliśmy długie szkolenie u Pawła Albrzykowskiego, jednego z najlepszych polskich specjalistów od kuchni azjatyckiej, który zaznajomił nas nie tylko z tajnikami kulinarnymi, ale i historią danych regionów. Panuje mylne przekonanie, że kuchnia azjatycka to te nieszczęsne psy i koty. A okazuje się, że bazą wielu dań, mówię tu o warzywach i mięsie, jest dokładnie to, co w naszym codziennym menu. Najważniejsza różnica, to przyprawy i sposób przygotowania potraw. Zaopatruję się w polskie mięso i polskie warzywa, tutaj, u nas. Stamtąd ściągam przede wszystkim przyprawy.
W tym momencie rozmowy Darek zabiera mnie do innego świata. Opuszczamy adres przy ul. Wąskiej i udajemy się na ul. 3 Maja 10, gdzie można doświadczyć odrobiny orientalnego wystroju. To miejsce odkrywam zupełnie na nowo. I od razu kupuję.
– Tamte dwa rowery – mówi, pokazując dwa starodawne wehikuły zawieszone na ścianie – to kupiona za parę złotych od złomiarza Ukraina oraz odnowiony rower z czasów międzywojennych. Miał nawet tablicę rejestracyjną. Te kapelusze są ręcznie wykonane – dodaje Darek, gdy zauważa, że patrzę na sufit. – Natomiast belki, które widzisz na ścianach są z kolei ze starej stodoły mojego taty. Stoły robione na zamówienie u zaprzyjaźnionego stolarza. Generalnie, cały wystrój tego miejsca jest oryginalny – mówi, oprowadzając mnie po wnętrzu. – To było moje marzenie, żeby coś takiego stworzyć. Muszę jednak powiedzieć, że ogólnie marki Dark Pub nie udałoby się stworzyć, gdyby nie fantastyczni ludzie otaczający mnie od samego początku. I za to, że są chcę im serdecznie, z całego serca podziękować.
Później siadamy przy stole, na którym lądują dwie miski z zupą. Po tamtej krakowskiej golonce byłem sceptycznie nastawiony do azjatyckiej kuchni, więc początkowo z czystej uprzejmości po prostu nie odmówiłem poczęstunku. Ale już po kilku łyżkach wiedziałem, iż kuchnia orientalna to jest to, co chcę poznać.

Czas przy dalszej rozmowie zleciał szybko. Niestety, rzeczywistość brutalnie przywołała nas do pionu. Kiedy komórka leżąca na stole oznajmiła, że trzeba wrócić z dalekiej, smakowej podróży, podaliśmy sobie dłonie i z uśmiechem pożegnaliśmy, mówiąc „Do następnego”.
Z Dariuszem Święsem rozmawiał Tomasz Mikowski

Czesław Mozil
26 listopada na Scenie Dark Pub odwiedził nas Czesław Mozill. Ponieważ zainteresowanie było bardzo duże, wyszedł na scenę aż dwukrotnie. Podczas bardzo emocjonalnego występu, artysta opowiadał o życiu na emigracji. I, jak to u niego bywa, dał z siebie dużo energii – z łatwością przeplatał poważne komentarze nad obecną rzeczywistością z humorystycznymi anegdotami z własnego życia. A wszystko zostało okraszone grą na klawisza oraz akordeonem, który stał się już jego symbolem. Miejmy nadzieję, że Czesław wróci do nas niebawem, a tymczasem możemy Wam zapowiedzieć wywiad z artystą, który będziecie mogli przeczytać już w przyszłym wydaniu gorliczanin.pl.

Udostępnij: