„SZTUKA RYSOWANIA NA CIELE” – Fire Cube Tattoo

 

"SZTUKA RYSOWANIA NA CIELE" - Fire Cube Tattoo

Artykuł dostępny w 28 wydaniu miesięcznika gorliczanin.pl


Przełamywanie stereotypów
Sztuka rysowania na ciele.
Tatuaż zawsze budziło wiele emocji – kiedyś był czymś kontrowersyjnym, dziś stanowi ciekawą ozdobę. O tym, jak kształtowała się ta sztuka w Gorlicach, rozmawialiśmy z Anatolem Krygowskim, właścicielem salonu Fire Cube Tattoo.

– Ile już lat działasz w branży i jak oceniasz ten okres?
– W tym roku będzie 10 lat, więc myślę, że salon się przyjął.
– Od początku myślałeś o takim kierunku życia, że tak będziesz zarabiał?
– Z tatuażami mam styczność od małolata. Pierwszy zrobiłem sobie jeszcze w gimnazjum, ale wtedy było to bardziej na zasadzie, żeby kumple zobaczyli, żeby to szokowało. Z czasem dopiero zauważyłem, że sztukę tatuowania można fajnie połączyć ze sposobem na zarabianie.
– To nie było tak, że wstałeś któregoś dnia z gotowym pomysłem na studio tatuażu?
– Nie, trochę to we mnie dojrzewało. Widzisz, jeśli chodzi o moje wykształcenie, to uczyłem się na fryzjera, ale już podczas praktyk w Jaśle otworzyliśmy równolegle salon tatuażu. I to wtedy zobaczyłem, że moja pasja daje mi możliwość stworzenia ciekawego biznesu.
– Brzmi idealnie. Z jednej strony robisz to, co kochasz, a jednocześnie spełniasz się zawodowo.
– Tak jest. Po skończeniu szkoły wyjechałem do Irlandii, tam chciałem wejść na poważnie w tatuowanie. To jednak było kilkanaście lat temu, wtedy Polacy wyjeżdżali za granicę po jakąkolwiek robotę, więc wyobraź sobie sytuację, kiedy większość ciągnie na ten zmywak, a tu nagle jakiś szczyl wyskakuje z hasłem, że chce tatuować. Niestety, ten świat był hermetycznie zamknięty. Skończyło się na tym, że rok przepracowałem na budowie, po czym wróciłem do Polski. Ten wyjazd pokazał mi jednak, czym jest życie, zrozumiałem, że o marzenia muszę walczyć, że nikt mi nie przyniesie na tacy gotowego rozwiązania. Oczywistym plusem było też to, że udało się odłożyć trochę gotówki, więc kiedy zobaczyłem informację o wynajęciu tego lokalu od razu uderzyłem do właścicieli.
– Nie obawiałeś się?
– Oczywiście, że były obawy. Tato nawet próbował mnie przekonać do zmiany planów. On sam jest artystą, jego obrazy można zobaczyć między innymi w Dworze Karwacjanów. Tylko on maluje na płótnie, ja na ciele. Mówił, że lepiej jest otworzyć stragan na bazarze, co da może mniejszą, ale pewną kasę, a spełnienie artystyczne żebym zostawił na pogodziny. Słowem, chciał przekazać, że z artyzmu ciężko będzie wyżyć. Ja jednak wiedziałem, że to, co nie wyszło w Irlandii, chcę zrealizować tutaj, w Gorlicach.
– I pokazujesz, że to była dobra decyzja. Jak było w takim razie z początkiem?
– Zaczynaliśmy we trójkę. Oprócz mnie Jakub Róż oraz moja była żona. Plan był taki, żeby połączyć fryzjera, kosmetyczkę oraz tatuaże. Ludzie przychodzili do fryzjera albo kosmetyczki, ale zauważali też tatuaże, co przyciągało uwagę. Widzisz, wtedy ta sztuka u nas, mam na myśli Polskę, nie mówiąc już o Gorlicach, dopiero raczkowała. Społeczeństwo wiedziało, czym są tatuaże, ale kojarzyło je ze specyficzną grupą ludzi. Moje początki to był tak naprawdę okres, kiedy tatuaż wychodził z cienia.
– I chyba się wstrzeliłeś w dobry okres.
– Z jednej strony tak, ale musisz pamiętać, że wtedy przełamywaliśmy pewne stereotypy. Bądźmy szczerzy, ludzie kojarzyli tatuaże z więzieniem, a ja pokazywałem, że oto gość z rodziną, z planami na przyszłość może prowadzić takie studio. Chciałem pokazać, że tworzyć można nie tylko na płótnie, ale również i ciele.
– Działasz już 10 lat, więc można śmiało powiedzieć, iż to był dobry krok. A skąd w ogóle pomysł na nazwę i logo?
– Nazwa Fire Cube wzięła się od założycieli, czyli od nas samych. Fire to ja, a Cube to Kuba.
– Myślałem, że ten sześcian w logo to…
– No widzisz, to wszystko ewoluowało. Sześcian dołożyłem później jako kostkę Rubika, symbol, że w życiu wszystko się ze sobą układa w odpowiednią formę, trzeba tylko właściwie kręcić fragmentami. Dzisiaj z Kubą działamy obok siebie, stanowimy dwie niezależne firmy.
– Zatem ekipia Fire Cube Tattoo to kto?
– Ja plus Marcin oraz Kinga. To jest nasza rodzina.
– Tatuaże swoją drogą, ale niesposób niezauważyć prawie całej ściany z kolekcją butelek whisky. Sam je kupujesz, czy to od klientów?
– Część sam, ale większość od klientów. W ogóle, pierwszą butelkę dostałem od przyjaciela Eryka. Obiecaliśmy sobie, że otworzymy ją przy narodzinach mojego syna. No i w zeszłym roku była ku temu okazja. Niestety, Eryka przy tym nie mogło być. Ale to właśnie ta butelka zapoczątkowała kolekcję. Generalnie, staramy się, żeby panował u nas przyjazny klimat, więc niczym nadzwyczajnym nie jest, że od kogoś zadowolonego czasem dostajemy prezent.
– Powiedz, czy przez tyle lat w branży wypracowałeś swój ulubiony styl, czy może jest ci obojętne, jaką techniką pracujesz?
– Lubię robić tatuaże czarno-białe, bo zawsze rysowałem ołówkiem, ale również kolorowe typu new scholl. Choć prawda jest taka, że to, co ja lubię to jedno, ważne jest, co klienci lubią. Gdybym miał się zamykać tylko na ulubioną technikę, pewnie musiałbym też zamknąć biznes. Zresztą, powiedzmy sobie szczerze, jestem jednym z tych szczęśliwców, dla których praca jest pasją, a pasja pracą, więc nie mam problemu ze stylem, który może mi do końca nie pasować. Najfajniej jest, kiedy klient daje ci tylko pewne wskazówki, wtedy tak naprawdę jedynym ograniczeniem jest twoja wyobraźnia. Wtedy tworzysz projekt, który jeszcze chwilę temu był czymś bliżej nieokreślonym, a ty krok po kroku przenosisz pomysł z głowy do rzeczywistości.
– Właśnie widzę, że masz stół żywcem wyciągnięty z biura projektowego.
– Codziennie wykonujemy nowe projekty, więc wygodne stanowisko do rysowania to podstawa. A co do trudności prac. Najciężej jest, kiedy masz się na czymś wzorować, na przykład przenieść zdjęcie dziecka. Tatuażysta nie jest kopiarką, więc pewne odstępstwa zawsze będą, jednak ten margines błędu w takich wypadkach jest zdecydowanie mniejszy.
– Margines błędu?
– Pamiętam, jak raz pomyliłem się w imieniu Anna. Z rozpędu zrobiłem trzy razy „n”. Oczywiście ogromne „przepraszam” dla klienta, a później przeróbka litery albo usuwanie laserem. Wszelkie poprawki wynikające z naszych błędów bierzemy na siebie, ale tych na szczęście jest minimum. Laser w salonie służy nam przede wszystkim jako narzędzie pracy, chociażby do usuwania blizn czy rozstępów. Ten ostatni zabieg jest ostatnio bardzo popularny, pewnych rzeczy niestety nie usuniesz domowymi metodami. Zatem, laser służy nam głównie do wykonywania usług, a do korekty własnych pomyłek prawie go nie używamy.
– Mówisz w takim razie, że jesteście bliscy perfekcji?
– Bliscy, ale ciągle się uczymy. Najgorzej, jeśli osiądziesz na laurach.
– Czy zdarzyło ci się odmówić wykonania tatuażu? Na przykład, ze względów zdrowotnych, myślę tu o alergiach na farby.
– Z tymi alergiami to są przesądy z przeszłości. Dzisiejszy salon tatuażu, oprócz sterylnego sprzętu, musi mieć dobrą farbę, inaczej nie ma prawa istnieć na rynku. Farby stosowane w sztuce tatuażu przechodzą szereg testów właśnie po to, żeby dać maksymalną pewność klientowi, iż są zdrowe. A co do odmowy, może ze względów zdrowotnych nie trafiali się tacy klienci, ale tacy, których nie pozwalało mi obsłużyć sumienie.
– To znaczy?
– Jako osoba wierząca mam swoje zasady. Nie wykonuję tatuaży, które kłócą się z moją wiarą. Są salony, które nie wykonują konkretnych wzorów, ja mam swoją klauzulę sumienia. Tatuaż to nie tylko zwykły obrazek pod skórą, to są często historie miłosne, ideologia, ktoś coś chce przekazać światu. Każdy ma swoje powody i generalnie żadnych staram się nie komentować, ale przynajmniej wiem, iż pewnych zasad nie odstawię na bok, bo ktoś zapłaci za robotę…


Udostępnij: