„Rozdrapując rany” cz. 1 – Mariusz „Orzeł” Wojteczek

 

"Rozdrapując rany" cz. 1 - Mariusz "Orzeł" Wojteczek

– Pan go znał? – pyta kobieta.
Wzrusza ramionami, nie patrząc na nią, ale przez zakurzoną szybę spogląda sennie na ulicę, jakby chciał tam zobaczyć swoją przeszłość.
– Wydaje mi się, że go znałem. Można tak powiedzieć. Żyłem z nim w jednym mieszkaniu przez dwa lata. Mam chyba prawo stwierdzić, że go znałem.
Kobieta kiwa głową w potwierdzeniu. Jej chuda, pomarszczona twarz rozciąga się w uśmiechu, a starcze dłonie gładzą tęsknie sweter:
– Tak, to prawda, pan go znał. Znał w tym ostatnim czasie. A ja… ja to go pamiętam jeszcze z dawniejszych lat, jak był mały i biegał do mnie po ciastka. I nigdy nie płacił. Czekał przy drzwiach, aż zjawi się jakiś klient, zawsze tak się czaił, bym go nie widziała, choć ja go widziałam zawsze – i jak ten klient wchodził, to on też się wkradał i próbował, zawsze próbował, uparty, podkraść coś, ale zwykle mu się nie udawało, bo ja zawsze wiedziałam. A dałabym, jakby poprosił. Dałabym. – uśmiecha się tęsknie bardziej sama do siebie i do swoich wspomnień, niż do niego.
– Dałaby pani? – patrzy na kobietę spokojnie, czujnym wzrokiem na wpół przymrużonych oczu, jakby chciał wybadać, ile w jej słowach, w jej twarzy, nawet w jej myślach jest prawdy. – Bo on, jak o tym opowiadał, to mówił, że raz pani rzuciła za nim miotłą, purpurowa ze złości, kiedy, raz jeden jedyny, ale zapytał.
– To… on musiał coś pomylić… Może kłamał… Ja bym tak nie… na pewno – twarz kobiety marszczy się, poważnieje. Tężeje, jak świeżo wylany beton, wystawiony raptem na słońce, pokryta zmarszczkami, jak siateczką pęknięć, które nagle jakby się pogłębiły.
Milczą przez chwilę. Teraz to kobieta unika jego wzroku, jakby odkrył coś w niej, jakiś sekret, jakąś tajemnicę, którą ona przez tyle lat skrzętnie w sobie chowała, a on, bezczelnie, obcy, wyrwał jej jakimś wyszukanym podstępem.
– Wie pan, co? – mówi nagle kobieta. – To źle, że pan go znał. Źle dla pana. Bo to nie był dobry człowiek. Każdy to panu powie. Tu w miasteczku, a pewnie i gdzie indziej, gdzie był na tyle długo, by się na nim poznali. Złodziej i nieudacznik. I tyle. A do tego człowiek bez krzty honoru. I tyle. Tylko tej biednej dziewczyny mi było szkoda, nie jego. Bo on był tego wart. Tylko na to zasłużył.
Kiwa głową, jakby dla potwierdzenia jej słów, ale palce zaciskają się na krawędzi blatu, kłykcie bieleją. Kobieta tego nie widzi. Ona zawsze widziała tylko to, co chciała zobaczyć, na resztę była i jest ślepa. I ślepa umrze, myśli, tłumiąc w sobie złość, która narasta, wzburza się, pcha się przełykiem w kierunku gardła i coraz trudniej mu ją stłumić.
Wstaje od stołu. Kobieta kładzie mu dłoń na dłoni; suchą, pomarszczoną, jak skóra traszki, zupełnie wyschniętej na słońcu. Powstrzymuje się, by nie wzdrygnąć i uprzejmie dziękuje za następną filiżankę kawy, którą chce go poczęstować. Mówi, że się mu spieszy. Żegna się i wychodzi przed kawiarnię, na zalaną słońcem ulicę. A kobieta stoi w oknie i spogląda za nim, gładząc tym tęsknym ruchem sweter. I dalej go nie poznaje.


***


Wraca do hotelu. Wymalowana misternie nazwa „Słoneczny pensjonat” rzuca się w oczy z daleka, kusi i przywołuje zmęczonych podróżnych. Ale nie kusiła jego, kiedy tu przyjechał dwa dni temu. Nie był w podróży, nie podążał nigdzie, a czuł, że też znikąd przychodzi, jakby nie miał przeszłości, jakby wcześniej nie istniał. Jakby jakiś cud, jakaś moc, albo groza przywołały go znienacka, dwa dni temu, do życia.
Ale nie ma wyboru. Musi mieszkać w hotelu „Słoneczny pensjonat”, bo nigdzie, w całym miasteczku Z. nie ma innego hotelu, gdzie mógłby się zatrzymać. Musi zajmować ten ohydny, pokój o tapetach w różyczki, drugi od schodów, na pierwszym piętrze dwupiętrowego domu, z fasadą pomalowana na niebiesko i o słonecznie żółtych okiennicach.


Spotyka ją w na werandzie, podpierającej się na drewnianych słupach, wbitych w ziemię i pomalowanych na ten słoneczny żółty, tak, jak okiennice.
Ma na sobie lekką, czerwoną sukienkę i jest młodsza od niego o dobre dziesięć lat. Jej młodzieńcza, dwudziestoletnia twarz uśmiecha się do niego, kiedy ją mija, a on nie może nie przystanąć, nie obejrzeć się, jak odchodzi, jak ją oblewa słońce, jak pięknie, w tej złotej poświacie idzie ulicą, kołysząc biodrami. Nie może nie zatrzymać się i nie spojrzeć, choć wie, że nie powinien, wie, że w tej mieścinie ściany mają oczy. Wie to, a ta jego wiedza zaraz zza rogu wychodzi z przymilnym uśmiechem na twarzy pani Rosy Rubinstein, właścicielki hoteliku, która dwa lata temu pochowała męża i – jak twierdzą niektórzy – po jego śmierci jeszcze bardziej rozkwitła, bo wreszcie rządzi wszystkim i nikt jej nie mów, że czegoś nie powinna, a ona przecież najlepiej wie.
Ale tak mówią tylko zawistni, bo Rosa interesuje się wszystkim, owszem, ale dla dobra społecznego przecież. Dla szczęścia ogółu – nawet, jak ogół sobie tego nie życzy, bo przecież ogół to z reguły nie wie, co jest jego dobrem, a co go do zguby przynieść może.


Rosa staje przed nim i chwilę mu się przygląda, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie wie, czy powinna w ogóle coś mówić. A on czuje lęk. Dziwny, pełzający pod skórą strach, że ona wie. Wie, kim on jest. Że patrzy na niego, poprzez niego, popod zarost na jego twarzy, pod skórę, tkanki i mięśnie, aż do środka. Że widzi to, co on tak starannie ukrył i wydaje mu się, że ona go rozpoznaje, że ona jedna nie dała się oszukać, tak, jak inni.
– To Anna Miloszewska. Porządna dziewczyna, jej ojciec pracuje w banku – odzywa się nagle kobieta.
Kiwa głową, słysząc te słowa, bo co ma powiedzieć. W jej spojrzeniu kryje się jakaś surowość, jakaś sarkastyczna pogarda, dla tego, co robił, dla jego rozmarzonego, tęsknego, męskiego spojrzenia na kołyszące się w słońcu, okryte czerwienią, dziewczęce pośladki.
Kobieta patrzy jeszcze na niego z podejrzliwością w spojrzeniu, jakby chciała go skarcić, jakby chciała, żeby to karcenie się w nim utrwaliło, osiadło mu na ubraniu jak kurz, zastygło w twarzy, wyryło się w rysach, aby pamiętał o nim przy każdym ruchu, przy każdym spojrzeniu w lustro.
Potem ona odchodzi, drepcząc, kołysząc się śmiesznie na swych małych stópkach, a on patrzy za nią, niezdolny się poruszyć, jakby swym spojrzeniem wmurowała go w tę wąską przestrzeń korytarzyka i teraz nie może jej opuścić.
Po chwili rusza ociężałym krokiem do swojego pokoju, drugie drzwi od schodów, na pierwszym piętrze. Kładzie się spać, bo nic innego nie ma do roboty, w to duszne, letnie popołudnie, kiedy cienie wypełzają z każdej szpary i straszą wytrzeszczonymi oczami przeszłości. Dopiero wieczorem, kiedy wszystko okryje ciemność, on może wyjść i patrzeć na cały ten świat, który kiedyś już był jego światem. I teraz jest już tylko fasadą, za którą kryje się przeszłość, woalem, okrywającym wspomnienia i nic tu nie wydaje się realne, tylko, że w nocy może na to patrzeć, bo oczy tak nie bolą, jak w dzień, od tej wyrazistości i można się samemu oszukać, że coś nie jest takie, jak jest. Jeśli tak bardzo nie chce się pamiętać.


***
Budzi go pukanie do drzwi. Delikatne, żałosne pukanie, jakby pukał ktoś, kto już nic innego nie może zrobić, jak tylko stać i czekać, aż mu otworzą. Ktokolwiek, gdziekolwiek, byle tylko ktoś otworzył.
Przeciera zaspane oczy, szuka po omacku zegarka, leżącego na szafce obok łóżka. Strąca go przypadkiem; zegarek z głuchym tąpnięciem upada na podłogę. Kiedy go podnosi, czuje wzmożone pulsowanie krwi w skroniach. Oddycha głęboko. Ten ktoś, za drzwiami przestaje nagle pukać. A więc nasłuchuje, czujny, spłoszony, jakby bał się tam stać, w tym wąskim korytarzyku, jakby mrok nie jemu dawał ochronę, ale ukrywał wszelkie zagrożenia przed nim. A więc trzeba wstać, sprawdzić, ewentualnie wyrzucić na zbity pysk, niech nie przeszkadza. Patrzy nieprzytomnie na zegarek. Za piętnaście dziewiąta.
Podchodzi do drzwi chwiejnym krokiem, jak ktoś pijany, jak ktoś, kto nie ma dokąd iść i wcale nie chce iść dokądkolwiek. Otwiera.
W drzwiach stoi dziewczyna w tej samej, czerwonej, lekkiej sukience. Patrzy na niego zalęknionym wzrokiem, jak sarna, która spojrzała właśnie w rozżarzone oczy samochodowych reflektorów.
Powinien coś powiedzieć, powinien zapytać, ale nie mówi nic, tylko stoi z dłonią na klamce, z palcami oplecionymi wokół chłodnej, mosiężnej gałki. To dziewczyna odzywa się pierwsza.
– Powinnam wejść. Nie chcę, by mnie tu widzieli.
Odsuwa się od drzwi, robiąc jej przejście, ale klamki nie puszcza, jakby chłód metalu miał go upewnić w mniemaniu, że to nie jest senny majak, że to się naprawdę dzieje, a ta bezbronna owieczka sama wchodzi do kryjówki Złego Wilka.
Dziewczyna rozgląda się ciekawie po pokoju. Jej wzrok niedbały z pozoru, z ciekawością omiata sprzęty, kanciaste bryły mebli, cienie, drżące w zakamarkach, gdzie nie dochodzi blask lampy, zawieszonej pod sufitem. Jakby badała nieznany, obcy teren, terytorium dopiero pierwszy raz eksplorowane przez białego, cywilizowanego człowieka.
– Nie usiądzie pan? – odwraca się do niego, jakby to ona była u siebie, jakby to ona go zaprosiła – Będzie pan tak stał?
– Jesteś Anna – mówi do niej, stwierdzając coś, co ona przecież wie, a on też wie, tylko jakby sam musiał się utwierdzić w przekonaniu, w tej wiedzy – Córka pracownika banku.
– A więc już pan wie? Już panu powiedzieli? – uśmiecha się cierpko, obejmując się ramionami, jakby nagle w pokoju zrobiło się chłodniej. – Nienawidzę tego. Tu wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich. Tylko o nim nikt nic nie wie. Albo nie chce powiedzieć. A pan go znał, prawda?
I znów to nieszczęsne pytanie. Znów trzeba przyznać, przytaknąć, chociaż kiwnąć głową. Nic innego nie zostaje, bo tego się przecież od niego wymaga, tego się oczekuje, tego żąda.
Dziewczyna siada na łóżku, ręce składa na kolanach, wygładziwszy przedtem sukienkę, dokładnym, pretensjonalnym ruchem.
– A czemu pytasz? – patrzy na nią spod przymrużonych powiek. Nie wie, czy chce wiedzieć, ale zapytać musi. Wszyscy tutaj pytają go o to, jaki on był, wszyscy traktują go jak źródło prawdy, jak wyrocznię, ale nikt tak naprawdę nie chce tego wiedzieć. Każdy ma swoją prawdę i chce tylko okazji, by móc mu ją opowiedzieć, by orzec, że on nie ma racji, że tylko mu się wydaje, że go znał, ale oni znali go lepiej.
A jaka jest ona? Czy też ma swoją prawdę? Czy naprawdę chce się dowiedzieć?
– Ciągle o nim słyszę. Od rodziców, od nauczycieli. Jest jakimś pieprzonym symbolem zła, czymś w tym rodzaju, jakby w tej zapyziałej mieścinie nigdy nic gorszego się nie zdarzyło, jakby mało tu było pijaków, którzy leją po nocach swoje żony, swoje dzieci, a wszyscy udają, że nic się nie dzieje. Młode dziewczyny straszy się tym, że skończą z kimś jego pokroju, jak nie będą się szanować, nie będą na siebie uważać, a przecież połowa kobiet stąd trafiła gorzej, bo do końca swoich dni będą się męczyć w swoich prywatnych piekłach. A ja nie wierzę… nie wydaje mi się, żeby on był taki zły. A może oni naprawdę się kochali? – przekrzywia zabawnie głowę i nagle jej złość znika, a na twarzy pojawia się coś jakby rozmarzenie…
To boli. Ona dotyka tematów, które bolą. Rozdrapuje rany, które już prawie zdążyły przyschnąć, które już powoli zaczęły się zabliźniać. Minęło w końcu dziesięć lat. Dziesięć długich lat bólu i pokuty, by w końcu móc wrócić i zmierzyć się z przeszłością. A ona pierwsza… ona jedyna wierzy, że mogło być inaczej, niż wszyscy mówią. Ale co może znaczyć jej naiwna wiara?
– Mówił mi, że ją kochał. – odpowiada po chwili – Opowiadał, jaka była piękna, jaka niewinna. Chciał być z nią… zawsze… – głos mu się łamie. Nie może mówić dalej… nie chce. To niełatwe, walczyć z całym światem i z samym sobą jednocześnie.
– Jak to się stało? To, że ona…
– To był wypadek. Wypiła za dużo, wsiadła do samochodu. Samochód wypadł z zakrętu. To wszystko. Prosta historia.
– Mówią, że to on prowadził.
– Nie. On nawet z nią nie jechał. Tylko że to on był zawsze TEN ZŁY. Ludzie sami wybrali. Wierzą w to, w co chcą wierzyć.
– Skąd pan to wie?
– Po prostu wiem. – zaciska stanowczo usta. Jak ona może podważać jego słowa? Gdyby wiedziała…
– Więc on był niewinny? – patrzy na niego wielkimi, orzechowymi oczami. Rozbraja go tym spojrzeniem; opada z niego złość. Przeczy ruchem głowy.
– Nie był. Nie był winny temu, o co go oskarżyli, za co wsadzili go do więzienia, ale był winny tego, że jej nie zatrzymał, że nie zabronił jej jechać. Był winny tego, że przez moment… przez krótki moment sam pragnął, by coś jej się stało. Tego był winien. Z całą pewnością. I aż nazbyt dobrze o tym wiedział.
– Skąd pan tyle o nim wie? Dobrze go pan znał. – bardziej stwierdza, niż pyta, a on może tylko odpowiedzieć:
– Tak, dobrze go znałem.
Może tylko to powiedzieć, bo musi dusić w gardle łkanie, bo musi tłumić cisnące do oczu łzy. By przez to łkanie i te łzy cała przeszłość nie wypłynęła z niego na zewnątrz i nie rozlały się rozedrganą w świetle lampy plamą po szaroburym dywanie na podłodze pokoju.


***


Jej sutki były twarde, a skóra gładka, ale tylko tej nocy, kiedy ją kochał. To było proste. Po prostu zapadł się z nią w ciemność, nie widział, nie słyszał, nie czuł. Pamiętał. Tylko pamiętał, a pamięć stawała się nim i nią jednocześnie, transformując ich oboje w coś, czego dawno już nie ma.


Rano budzi go dźwięk dzwonka, natarczywe brzęczenie starego, ustawionego na szafce budzika.
Kiedy się podnosi, dostrzega jej blade, chude ciało, które już nie jest takie smukłe, takie piękne. Sutki małych piersi nie są już twarde, a skóra nie jest gładka. Nic nie jest takie, jak było ostatniej nocy. Czuje nagły wstyd i pragnienie, by okryć czymś swoją nagość, składa ręce, zasłaniając krocze, jakby chciał zaprzeczyć, że jest mężczyzną i jakby to miało rozwiązać wszystkie problemy, ale to, ten gest nie rozwiązuje nic. Czuje się przez to głupio i unosi ręce nad głowę, w geście zaprzeczenia, jakby chciał pokazać światu, że jednak on tylko udawał, albo, że wcale nie uczynił poprzedniego gestu. Potem lekko naciska w dzwonek budzika, a na pokój opada woal ciszy.
Dziewczyna budzi się, powoli wraca zza kotary snu. Przeciąga się leniwie, mruczy. Powoli otwiera oczy. On stoi tyłem, ale wie, że ona się uśmiecha. Musi się uśmiechać. Jeśli tego nie robi, to psuje wszystko. Jej uśmiech jest konieczny. Jej uśmiech jest dogmatem, którego nikt nigdy nie zdoła podważyć. Jest jedyną stałą wszechświata, jeśli Einstein ma rację i czas jest względny. I tak ma pozostać. Julia się tak uśmiechała.
Przysiada na krawędzi łóżka. Pociera palcami skronie, chcąc pobudzić krążenie. Czuje jej dotyk na plecach, czuje opuszki jej palców wędrujące po skórze. Przez opuszki przepływa jej lęk i osiada na jego plecach, jak wilgoć porannej mgły.
– Czemu tak naprawdę tu przyszłaś? – pyta znów.
– Już mówiłam…
– Nie kłam. Tym razem nie kłam.
Coś w jego głosie sprawia, że odpowiada mu cisza, a ręka cofa się trwożnie, jakby czułka ślimaka, napotkawszy impuls zagrożenia chowała się w głąb ciała. Potem dociera do niego głos. Jej głos. Anny, a nie Julii, jak mu się przez moment wydaje.
– Bo chciałam sprawdzić. Jak to jest. Jak to jest naprawdę. Z kimś obcym. Jak z księciem z bajki, który zjawia się i zabiera stąd, w wielki świat.
Głupia. On tu nie przyjechał po Julię. On tu zawsze był. Obok Julii, potem z Julią. I w końcu ją stąd zabrał. Ale zawsze tu był. A ona tego nie rozumie.
– Czego ty chcesz? – odwraca głowę i patrzy na jej bladą, smutną twarz, która już na nic nie czeka i niczego się nie spodziewa. Na twarz, w której oczach, na dnie, leży beznadzieja istnienia, a wyżej szybują marzenia. – Czego się spodziewałaś?
– Masz pieniądze, mieszkasz w wielkim mieście. Myślałam, że mnie stąd zabierzesz. Że wyrwę się stąd – milknie na chwilę, skubiąc nerwowo rąbek poszwy od kołdry. On nie mówi nic.
– Nie jestem głupia. Wiem, że nic do mnie nie czujesz. Ale ty masz pieniądze, a ja mam seks. Możemy… – jąka się. Dziwne, bez skrupułów sprzedała swoje ciało, a boi się wystawić rachunek – Możemy się dogadać.
Rośnie w nim złość. Wznosi się wzburzoną falą, której żadna zapora, nijak nie zdołałaby powstrzymać. Nie ma w nim takiej tamy, ale nawet, jeśli by była, to nic by nie zrobił, by zatrzymać gniew. On sam go pragnie, przywołuje go. Chce wybuchnąć. Gniew jest dobry. Gniew jest zdrowy. Gniew oczyszcza.
– Co ty sobie, kurwa, myślisz? Że co? Zabiorę cię stąd? Będziesz moją prywatną dziwką? A może ci się zdaje, że cię pokocham?. Ot tak, na zawołanie?! Bo ty tak chcesz, bo mnie sobie wybrałaś, bo ja pasuję ci do twojej mrzonki o księciu z bajki?! – krzyczy, coraz bliżej podchodząc do łóżka i unosząc dłoń, jakby do uderzenia.
Jej wątłe, chude ciało kuli się, przed nie zadanym ciosem, usta otwierają się w niemym krzyku, oczy łzawią. I robi mu się jej żal. Jest taka żałosna. Leży naga, bezbronna, naiwna, a on właśnie swym krzykiem obrócił w perzynę bastion jej marzeń, w którym kryła się, jak w kamiennej twierdzy.
– A co mnie tu lepszego czeka? Znaleźć sobie faceta, który czyta tylko etykiety na butelkach i tylko niańczyć kolejne bachory, które trudno będzie wykarmić? – szepcze z wyrzutem.
– Życie nie jest tak proste, jakbyś chciała – przerywa jej cicho i wolnym, pełnym zniechęcenia krokiem wychodzi do łazienki, by tylko zamknąć za sobą drzwi, by się odciąć, od niej, od świata, od teraźniejszości.
By zanurzając się w gorącej wannie wody, zanurzyć się w przeszłości. I tak już na zawsze pozostać.


***


Kiedy się budzi, woda w wannie jest już zimna. Dziewczyny już nie ma. Wie to; bardziej czuje. Już nie tylko cisza za drzwiami łazienki mu o tym mówi, ale każdy por jego skóry szepcze mu te wiadomość w sekretnym zaufaniu.
Wychodzi z łazienki i ubiera się w czyste ubranie, wczorajsze spychając w róg łóżka, zwijając je w niekształtny, niedbały kłąb materiału.
Pragnie wyjść, pragnie opuścić ciasny pokój pensjonatu, którego ograniczona przestrzeń nagle zaczyna dusić go i tłamsić. Chce iść gdzieś, gdziekolwiek, chce robić cokolwiek, byle tylko zadać kłam tej bezczynności, temu trwaniu w jednym miejscu, w jednym czasie, gdzie można tylko rozpamiętywać przestrzeń.
Świt wstaje powoli, słońce leniwie wspina się na firmament, leniwie łuskając z horyzontu pojedyncze płatki cienia. Poprawia firankę i wychodzi, nawet nie zamykając drzwi. Kto miałby mu coś ukraść, skoro on nic tak naprawdę nie ma?


Jedyny bar, czynny o tak wczesnej porze w miasteczku, skupia w swoich zadymionych, przesiąkniętych wonią alkoholu wnętrznościach wszelkich degeneratów i rozbitków życiowych z okolicy.
Ja pasuję do nich, jak ulał, myśli. Tkwią sennie pousadzani przy stolikach o porysowanych blatach, nad kuflami cienkiego, taniego piwa i drzemiąc, czekają wytrwale pory, kiedy miasteczko zatętni życiem, na ulicach pojawią się ludzie, a wraz z nimi szansa na pieniądze i mocniejszą dawkę zapomnienia i chwilowej wolności od wszelkiego rodzaju bólu.
Siada przy jednym z wolnych stolików, w kącie lokalu. Zamawia piwo, które sam musi sobie przynieść od poplamionego baru.
Czeka. Nie wie, czy stanie się coś, cokolwiek, ale ma nadzieję. Tutaj jest szansa na jakąś akcję, na fabułę, na zdarzenie, ruch, na cokolwiek, jakikolwiek dynamizm.
Liczy na otaczające go ofiary życiowych niepowodzeń. Chciałby, by któryś był choć tak natarczywy, by znalazł się pretekst, aby dać mu w mordę.
Ale tutejsi mają w sobie zbyt wiele ogłady, zbyt wiele uprzejmości, by się mu zbyt nachalnie narzucać.
Tylko jeden obserwuje go, ni to ukradkiem, ni to otwarcie, raz po raz zerkając na niego znad brudnego kufla.
Jego twarz wydaje się mu znajoma, ale nie może umiejscowić jej w żadnej konkretnej sytuacji z przeszłości. To po prostu kolejny cień, kolejne wspomnienie, które przeminęło, pozostawiając po sobie tylko wątłe, zamglone echo.
Mężczyzna nagle wstaje, zamierzając podejść do jego stolika. Coś się dzieje. Coś, cokolwiek. Tu i teraz. Cienie wypełzają z przeszłości, na powrót stając się realne.
Mężczyzna jest stary. Starość wypełza na jego twarz podłużnymi smugami zmarszczek, osiada pajęczyną na skórze dłoni, z których jedna wyciąga się w powitaniu, zawisa jednak w połowie drogi, jakby się wahała, po czym opada ciężko na stolik.
Mężczyzna oddycha ciężko, wpatrując się w niego, a on nie robi nic, nic nie mówi, bojąc się nawet poruszyć. Trwa zawieszony w nieokreśloności, czekając, aż tamten jakimś swoim słowem, gestem, czymkolwiek, sprawi, że rzeczywistość znów ruszy do przodu.
Trwają przez chwilę w milczeniu, jakby w ogóle się nie znali, jakby byli sobie zupełnie obcy i staruszek dosiadł się nie do kawiarnianego stolika, ale prędzej na ławce w parku, albo na przystanku.
W końcu patrzy na niego smutnym, długim spojrzeniem.
Wyjedź stąd. – mówi – Wyjedź i nie wracaj. Nie trzeba, żebyś jeszcze jedną zabrał.
Ale ja… – chce się tłumaczyć, ale wie, że to nic nie da. Stary go rozpoznał, wie, kim jest i nic, co teraz zostanie powiedziane, tego nie zmieni. Tak musi być. Starzec wie i nic z tym nie można zrobić.
Jeszcze przez chwilę milczą. Jeden nie potrzebuje już nic mówić, bo powiedział, co zamierzał powiedzieć, a drugi – nawet, jeśli by chciał – i tak nie wie, co. Widzi w starym kogoś znajomego. Może ojca tej dziewczyny, Anny, skromnego pracownika banku? Może ojca jego Julii, którą pochował z goryczą i bólem dziesięć lat temu? A może jakiegoś innego ojca jakiejś innej dziewczyny, zupełnie nieznanej, zupełnie przypadkowej, po prostu ojca jakiegoś dziecka? Ale to teraz nie jest ważne. Mężczyzna patrzy na niego łagodnym spojrzeniem ciepłych, orzechowych oczu i nie ma w nich śladu pogardy, nie ma śladu złości, czy nienawiści. Jest łagodność, jakieś, odległe echo bólu i smutek, że musi mówić coś, czego powiedzieć tak naprawdę nie chce, a co powiedziane być powinno, co powiedziane być musi. Nagle wstaje i odchodzi bez słowa, szurając po posadzce płaskimi podeszwami tanich, garniturowych butów o przytartych czubkach, a jego sylwetka oddala się, jakby stawała się coraz mniej realna, coraz mniej rzeczywista. Jakby była ułudą, majakiem, a nie rzeczywistością. On zostaje sam. Czuje zalewające go na przemian fale ciepła i gorąca, czuje jak drżą mu ręce, jak krew pulsuje mu w skroniach, a serce tłucze się w piersi, jakby chciało się uwolnić, wyrwać na świat i wzlecieć, wykrzyczeć wszystko, co kotłuje się w nim, w jego wnętrzu, w jego duszy. Ale on wie, że to nic by nie pomogło, więc uspokaja serce, uspokaja pulsującą krew, uspokaja dłonie. Skoro nic nie można uczynić, to po co próbować robić cokolwiek?


***

Nitka drogi umyka pod rozgrzaną od słońca maską samochodu. Ona siedzi obok. W letniej sukience z rozpuszczonymi włosami, które rozwiewa wiatr, wpadający przez uchylona boczna szybę. Uśmiecha się do niego. Dogmat trwa. Dogmatu nic nie zdoła podważyć. Dogmat będzie tak trwał zawzięcie do końca świata.
On zaciska dłonie na kierownicy, a wzrok wbija w wijącą się przed nim szara smugę asfaltu, parującego ciepłem południowego słońca.
Czy obok niego siedzi Julia? Czy to czas się cofnął, a oni są znów razem, razem uciekają ze znienawidzonego miasteczka, pędząc wprost w objęcia śmierci, choć jeszcze o tym nie wiedzą; pędzą wprost w objęcia śmierci, która będzie wypadkowa tysiąca zdarzeń pomiędzy nimi?
A może to on nie żyje, on jest martwy i tę jedną, jedyna chwile będzie przeżywał wciąż i wciąż na nowo, jako pokutę za to, co się stało, za co on w pewien sposób ponosi winę?
A może to wcale nie jest Julia, myśli, odwracając głowę i patrząc na jej uśmiechniętą twarz o przymrużonych, przez promienie słońca, oczach? Może to kolejna dziewczyna, która ucieka z nim z małego miasteczka szarej rzeczywistości do krainy marzeń, która także dla niej okaże się ułudą, padołem łez, doliną śmierci, która podkrada się cicho nocą pod twój dom?
Nitka szosy znika, pożerana przez żarłoczną paszczę podwozia, drzewa, zasadzone szpalerem wzdłuż drogi machają smętnie i jakoś tak żałośnie konarami, jakby ich żegnały. A może tylko ją żegnają, może wiedzą, że on wróci, kiedyś, pewnego dnia, jako nie – on, ale jako ktoś inny? Może wiedzą, że kiedyś wróci, po kolejna dziewczynę, która zechce z nim uciekać do krainy marzeń, a on zabierze ją, jak teraz zabrał i jak zrobił to już kiedyś?
Nie ma pojęcia, skąd te pomysły w jego głowie. Nie ma pojęcia, ile w nich prawdy, ale nie myśli o tym. On i tak zgubi się w natłoku marzeń, w zalewie wspomnień i tęsknoty, zatraci się w poszukiwaniu swojej Julii, szukając jej tak rozpaczliwie, że znajdując gdzieś w głębi innych kobiet, na dnie ich dusz, za ulotną fasadą ich uśmiechów, które dla niego zawsze będą uśmiechem Julii, uśmiechem trwałym, jak dogmat. Ale on nie zna prawdy, powtarza sobie. I nie pozna jej, więc po co ma próbować, skoro i tak musi przegrać. Nachodzi go dziwna myśl, że tylko te drzewa przydrożne wiedzą. Tylko te drzewa znają prawdę.


Mariusz „Orzeł” Wojteczek – profil autorski
– rocznik ’82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia.
Prowadzi blog Co przeczytać? – subiektywny blog literacki. Regularnie pisuje recenzje dla Dzikiej Bandy, Grabarza Polskiego, RzeczGustu i Paradoks.
Pisze głównie opowiadania, które dotychczas publikował w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach „Słowiańskie koszmary”,
„Zwierzozwierz”, „CITY 4” . 
Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. Nakładem Phantom Book Horror wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”.
Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. 

piszesz? rysujesz? malujesz? robisz zdjęcia? twoooorzysz?
Podziel się tym z nami ❤️

Zależność jest prosta ? Wy tworzycie DZIEŁA, my tworzymy DZIAŁ ARTYSTYCZNY, w którym te dzieła publikujemy 💪

Swoje prace możecie przesyłać nam w wiadomości prywatnej na FB ? lub na adres ? reklama@gorliczanin.pl

fanpage gorliczanin.pl

Udostępnij: