Mały Dziecięcy KROK do spełnienia – Łukasz KISZKA

 

Mały Dziecięcy KROK do spełnienia - Łukasz KISZKA
Felieton dostępny w 8 wydaniu gorliczanin.pl

Mały Dziecięcy KROK do spełnienia
Dzień Dziecka za nami. Dosłownie i jeszcze dosłowniej dla tych, którzy lata bezwarunkowego, bezkrytycznego, czystego oraz niewinnego patrzenia na świat mają za sobą. Nie wydurniamy się ze szczęścia tylko dlatego, że wujek przyjechał, nie chowamy się pod stół gdy nas szukają, nie budujemy namiotów z pościeli, koca i poduszek, nie ciągniemy za obrus, nie ślinimy koszulek, nie wymiotujemy komuś za kołnierz (a chciałoby się czasami), nie sikamy w majtki, a przynajmniej się do tego nie przyznajemy. 

Upływ czasu jest nieunikniony. Wciska nam doświadczenia zupełnie, jak matka wciskała nam łyżkę z tą różnicą, że czas nie wymyśla zabaw w samoloty (te po wódce nie są fajne!).  Z tymi doświadczeniami rośniemy, buntujemy się, przeżywamy pierwszą miłość, dojrzewamy, zapominamy o buncie, zapominamy o bólu po stracie pierwszej miłości, przeżywamy rozczarowania, radości, zwycięstwa, porażki, peszki, niespodzianki oraz pechy, bo równowaga w przyrodzie być musi. Skoro już mowa o równowadze i przyrodzie to pamiętajmy o głowie! Więc nabieramy te wszystkie doświadczenia na głębokim wdechu, a przełykamy słodko-gorzką świadomość wycieniowania świata i ludzi. Że ten świat nasz tak dobrze widzialny, tak treściwie wyczuwalny nie dzieli się na dwie płaszczyzny, że biały ma niezliczoną ilość odcieni, że możesz nawet nie poczuć tej minutki bujania w obłokach, bo trafisz na odcień, który metodą szokową zadba o przebudzenie Twoich komórek (może kiedyś i te będą z melodyjką) i wyssie z ciała zimny pot, jak my wysysamy łapczywie dane nam szczęście, niekoniecznie zasłużone. Swoją drogą, gdyby szczęście było na patyczkach – ssalibyśmy je, jak dzieci, choć niezupełnie. One wiedzą, że jak słodkiego już nie czuć, to znaczy, że słodkiego na jakiś czas nie ma – jeśli nie wiedzą to chwile pokrzyczą, a my? Nas nikt nie skarci poza nami samymi, a krzyczeć nie wypada. Boże! Skarć mnie, ale ssałbym z taką poezją i wyrafinowaniem, że językiem wyczuwałbym ruchy sejsmiczne –  jestem przekonany, że jako rasa bylibyśmy niepokonani, tym bardziej, że jej większość praktykowałaby ssanie i miętolenie całe życie. Wracając do niezliczonych odcieni białego, czarny bez takiej ilości odcieni też nie funkcjonuje i bywa nawet tak, że nie tyle się człowiek na szaro, co na czarno robi, leży, jak zwierzyna półświadoma, stoicki spokój, oswojony, wygoda pod palmą, wódka, parasolka, a co! Hawaje, a jak? Na kredyt – dla równowagi – dopełniając metaforę słodko-gorzkiego smaku życia. 

Od innych nie jesteśmy wcale daleko, nie jesteśmy wyobcowani z gruntu, jak i z gruntu też nie jesteśmy dorośli. Jest się tymi wszystkimi możliwymi szarościami stanowiącymi konstrukcję mostu łączącego dwa przeciwległe bieguny: ten o najczystszej barwie bieli z tym czarnym o pięknym, bogatym połysku. Oczywiście poza konstrukcją jest cała ta reszta, która czyni most bezpiecznym, komfortowym (lekkie, wyważone bujanie wskazane), atrakcyjnym, dopasowanym pod nasze indywidualne oczekiwania i gusta. Indywidualne jest również poczucie, czy na spacer wybierzemy się do parku, na skałki, czy może wskoczyć do jaskini. I taki wachlarz stanowimy, tak być powinno: jeśli wieje chłodem – zaciskamy się w sobie kumulując siłę, a jeśli grzeje – rozkładamy na całą powierzchnię, pozwalając się ciepłu rozejść. Byle nie po kościach. Po szpiku może, tak, by coś na chłodne zostało.   

Oczywiście do dziecka nie trafia zbyt wiele poza wybiórczymi słowami typu: dobra, idź. Co prawda, nie mam dzieci, ale zdarza mi się ze sobą pogadać! Nie jest tak źle, jeszcze się słyszymy. Pomyślałem o ułożeniu jakiegoś prostego, bezpretensjonalnego, ale treściwego i pomocnego zdania lub sentencji, którą  powiedziałbym sobie piętnastoletniemu. Trwa to już miesiąc; czuję, że prędzej spotkam siebie na ulicy, niż wymyślę coś, co mogłoby trafić do tego gówniarza i po prostu spiorę go. Szukam punktu zaczepienia w tej teoretycznie pustej przestrzeni, która dzieli mnie i jego, co się stało? Jakaś refleksja podtrzymująca ciągłość wydarzeń, nić chociażby? Czas jest bezlitosny, ale rozumiem teraz Mamę, która jeszcze niedawno wspomniała, że kompletnie nie czuje swoich pięćdziesięciu lat (miałem wtedy dwadzieścia); kompletnie nie czuje sześćdziesięciu lat, tak jak ja nie czuję swoich obecnych trzydziestu. Wciąż patrzę tymi sami oczami, jak ze zdjęcia, na którym okołodwuletni, obśliniony, siedzę przy Ojcu grającym na gitarze – pamiętam tą sytuację, jak i jeszcze wcześniejszą kiedy pozowałem tonący w kaszkiecie. 

Rozgościła się w nas ludziach jakaś osobliwość, wyjątkowa, kompletnie niemierzalna, niepojęcie chłonna i dojrzewająca na szerokość otwartych w nas drzwi i okien  (chciałem dorzucić jeszcze „Jasność” przez te drzwi i okna wpadającą, ale mnie oświeciło). Ckliwe te słowa, można zasłabnąć, pora wykorzystać słońce, dawno go nad nami nie było. Ale poważnie, jest coś doskonale pięknego w tej naszej zwyczajnej ludzkiej ulotności, gdy czas i przestrzeń szturchają nas, odświętnie – nas zupełnie takich samych, niedoskonałych, bawiących się ze sobą w ciuciubabkę. To możliwość wyjrzenia poza kąty naszych czterech ścian – prosta, szczera radość oraz spokój otaczającego nas widoku, lub w najgorszym razie szansa, by wypatrzeć lepsze miejsce do „zabawy z życiem”.
Łukasz Kiszka

Udostępnij: